„Nie kochasz mnie. Nie znasz mnie. Kochasz kogoś kim myślisz, że jestem. Gdybyś znał mnie, nie kochałbyś mnie. I nie próbuj udawać, że mnie znasz, ponieważ nawet ja siebie nie znam.
Eddie Vedder

Od wczoraj ten cytat nie daje mi spokoju.
Miażdży mi mózg i serce.
Powoduje, że jest mi ciężko.
Górka się skończyła wraz z chorobą (pozdrawiam wszystkie POZ), zmniejszona odporność + stanie w kolejce zaowocowało bliżej nieokreślonym stanem chorobowym z gorączką.
A skoro się skończyła górka to każde zdanie, głębszy cytat jest w stanie doprowadzić mnie do refleksji i rozkmin rzędu „tu be or not to be”.

 

Kochasz kogoś kim myślisz, że jestem.

Słowa, które często myślę, gdy bliscy mówią mi, że mnie kochają, nie tylko rodzina, ale i przyjaciele.
Jest tyle tajemnic, które skrywam w głębi duszy.
I o ile miłości moich rodziców i rodzeństwa nie jest w stanie nic zmienić (taki typ ludzi), to już przyjaźnie mogłyby się rozpaść.
Kochacie kogoś kim myślicie, że jestem.
A nie jestem tą osobą.
Jestem kimś innym, kimś kogo gram od końca podstawówki, kimś kogo gram od 13 lat.
Skrzętnie ukrywam się za kimś stworzonym, by moje zajebiście delikatne ja nie zostało skrzywdzone.
Problem w tym, że coraz częściej nie mam siły już udawać i to prawdziwe „ja” wychodzi na wierzch, jednocześnie jest połączone z ogromem agresji.
Nie rozumiałam skąd jej tyle we mnie.
Teraz już się domyślam, agresja jest zabezpieczeniem.
Ja Cię skrzywdzę pierwsza, zanim Ty zdążysz zranić mnie, tak na wszelki wypadek.
Ja Cię ugodzę, jednocześnie nie wiedząc o co Ci chodzi, że się wściekasz na mnie.
Ja Cię powoli zniszczę, a Ty będziesz mnie kochał i nienawidził, bo „tak już mam”.
A ja to robię, by się uchronić przed bólem, który mógłbyś mi zadać, bo przecież przez tyle lat mnie mieszano z błotem, niszczono poczucie własnej wartości, tyle lat byłam sama w tym wszystkim, tyle lat znęcano się nade mną psychicznie w szkole i nikt tego nie widział.
Poprawka: nikt nie chciał tego widzieć.
Kochasz wyobrażenie o mnie.
Kochasz tą wyszczekaną dziewczynę, która ma cięty, czarny humor, wyrobione zdanie i czasami kąsa jak żmija.
Jestem wyszczekana, z ciętym, czarnym humorem, mam wyrobione zdanie (tak, tak o wszystkim, nawet jak nie mam pojęcia o co chodzi, tak na wszelki wypadek sprawdzę w googlach i będę udawała, że wiem o czym mówię), czasami kąsam słowami niczym żmija, wszystko po to, żeby ukryć kogoś kruchego, delikatnego, marzycielskiego, wszystko po to, by tę osobę ukryć przed światem, by znów nie cierpiała.
Ale, ciii, nie mów nikomu…

 

I nie próbuj udawać, że mnie znasz, ponieważ nawet ja siebie nie znam.

To druga sprawa.
Wiem już o tej delikatnej osobie we mnie, ale to wymagało ogromu pracy, wielu dni, bym wreszcie przyznała się przed samą sobą, że nie jestem herosem, nie zniosę wszystkiego, co mnie dotknęło bez szwanku.
Co więcej, mam do tego prawo, nie muszę być super silna.
Ale poza tym, to kim ja właściwie jestem?
Co chcę osiągnąć w życiu?
Kim chcę być?
Dokąd zmierzam?
Nie mam pojęcia…
Zawsze zazdrościłam koleżankom i kolegom z klasy, że mieli określone priorytety.
Wiedzieli chociaż „mniej więcej”, że chcą iść na takie, czy inne studia, by zostać kimś w życiu.
Ja, pomijając etap gimnazjum i przesadne zainteresowanie serialem, który był wtedy modny, nigdy nie wiedziałam kim chcę być.
Dzieci chcą być księżniczkami, lekarzami, strażakami, policjantami.
Ja jako dziecko… nie wiedziałam kim chcę być, nie miałam takiego marzenia, nie miałam takiego ukierunkowania.
Później w technikum wszyscy gadali o studiach, AGH, AWF, Psychologia, Informatyka, Robotyka, a ja?
Zawsze rzucałam, że chcę iść na psycho, tylko, że to było rzucane w kosmos.
Faktycznie psychologia interesuje mnie do dzisiaj, ale… nie mam potrzeby studiowania, nie mam potrzeby bycia „kimś”.
Propozycje płynęły też od ojca.
Strony www, księgowość, to, owo, tamto.
Nie, nie, nie.
Jakimś cudem przycisnął mnie, bym zaczęła robić strony w Joomli.
Łyknęłam w końcu haczyk i zaczęłam też robić strony w WordPressie.
Zdjęcia, zawsze lubiłam robić zdjęcia, ale nie potrafiłabym robić tego zawodowo.
Miałam firmę, to też nie wypaliło.
I nie wiem kim jestem, nie tylko zawodowo, ale i osobiście.
Mam tytuł, mam miejsce w rodzinie i jednocześnie nie potrafię się określić.
Gdybym miała powiedzieć coś o sobie nie wykorzystując banałów typu „rękodzieło”, „strony www”, „córka i siostra”, nagle okazałoby się, że nie potrafię nic powiedzieć o sobie.
Nie potrafię, bo nie wiem kim jestem.
Nie potrafię się określić co do swojej seksualności.
Swoich poglądów.
Religii.
Celów życiowych.
Każdego dnia (pomijając hipo, kiedy nadrabiam pół swojego życia), budzę się z ręką w nocniku, walącym, podchodzącym pod gardło sercem i poczuciem, że zmarnowałam swoje życie, co gorsza nadal marnuję i nie potrafię totalnie nic z tym zrobić, nie potrafię tego syfu zatrzymać.
Nie potrafię powiedzieć „stop”, zatrzymać przeklętego pędu do samozniszczenia, zagłady, którą sobie zgotowałam.
Ludzie w moim wieku zaczynają kariery, zakładają rodziny.
Ja? Ja nie mam nic.
I nie będę miała.
Przegrałam ze swoimi demonami.
Do następnej hipo, w której przegram z nimi, jednak zmieni się mój punkt patrzenia.
Wtedy będzie mi się wydawało, że z nimi wygrałam, zwłaszcza jeśli siądzie mi na religię.

Na szlak moich blizn poprowadź palec,
By nasze drogi spleść gwiazdom na przekór.
Otwórz te rany, a potem zalecz,
Aż w zawiły losu ułożą się wzór.

Z moich snów uciekasz nad ranem,
Cierpka jak agrest, słodka jak bez.
Chcę śnić czarne loki splątane,
Fiołkowe oczy mokre od łez.

Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte,
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem.

Z moich snów uciekasz nad ranem,
Cierpka jak agrest, słodka jak bez.
Chcę śnić czarne loki splątane,
Fiołkowe oczy mokre od łez.

Nie wiem, czy jesteś moim przeznaczeniem,
Czy przez ślepy traf miłość nas związała.
Kiedy wyrzekłem moje życzenie,
Czyś mnie wbrew sobie wtedy pokochała?

Z moich snów uciekasz nad ranem,
Cierpka jak agrest, słodka jak bez.
Chcę śnić czarne loki splątane,
Fiołkowe oczy mokre od łez.

5 komentarzy

  1. Nie jestem tu jakimś wielkim autorytetem, ale nie spotkałem jeszcze osoby, która by szczerze poszukując Boga nie odczuwała przed Nim lęku. Sam, zanim ujawnił mi swoje oblicze, wypełniony byłem (zwłaszcza nocami) wielkim lękiem.

    Więc lęk przed Bogiem jest czymś naturalnym (do czasu :-)). Bo jest to lęk przed Tym, którego nie znamy. Słyszymy różne o Nim opowieści, różne świadectwa, ale dopóki Boża obecność nie stanie się twoim doświadczeniem, lęk przed kimś, kto w opowieściach wielu różnych osób ma tyle różnych "twarzy", a do tego jest wszechmocny, jest uzasadniony (przynajmniej dla mnie :-)). Wierzę jednak, że przyjdzie czas, gdy lęk zniknie, a wypełni je miłość, radość i pokój, który przekracza wszelkie poznanie.

    Nie bądź dla siebie tak krytyczna. Tak jak piszesz, na wiele rzeczy w twojej głowie, nie masz wpływu. Np. na lęki i wątpliwości związane Bogiem. Więc nie możesz winić siebie za to, co myślisz o Nim. Bóg Cię nie potępia, więc i ty nie powinnaś tego robić 🙂

    A ja nie ustaję w modlitwach 🙂 Wierzę że przyniosą efekt 🙂

  2. Rafale, w sumie to fakt, że On faktycznie (podobno?) mnie zna lepiej niż ja i (podobno) kocha dokładnie taką jaką jestem, mnie przeraża. Nie wiem, czy to choroba, czy z natury "tak mam", ale coraz częściej dociera do mnie, że mówię o Bogu Miłosiernym do innych, ale sama się Go lękam, bo… paradoksalnie nie potrafię uwierzyć w Jego Miłosierdzie.
    Czemu? Chyba trafiłam na początku swojego nawrócenia na materiały, które niekoniecznie powinny być na YT, chyba za bardzo zafiksowałam się na pewne tematy, efekt jest taki, że gdy tylko uderzy depresja, przychodzą lęki, a gdy przychodzą lęki, nie wierzę w to, że osoba z moją przeszłością i teraźniejszością może być Zbawiona.
    Czasami zastanawiam się, czemu jeszcze się nie zabiłam.
    Często odpowiedź jest taka: bo panicznie boję się potępienia.
    Ciężko opisać mi słowami jak mocne dostaję ataki paniki na tym tle.
    I znowu: to tylko choroba? Czy może też kwestia wiary.
    Może ja zwyczajnie wierzę w Boga – groźnego Sędziego, a nie w Boga – Miłosiernego Ojca.
    I wierz mi, łzy mi napływają do oczu, bo chciałabym wierzyć, nie chcę ciągle odchodzić i wątpić, nie chcę wracać przy każdej okazji do dawnych nawyków i nie chcę wracać do okultyzmu, ale to się ciągnie za mną smrodem, jak gówno, w które się wdepnie butem.
    Dzisiaj odkryłam, że jakimś cudem jestem w grupie ezoterycznej na fb.
    Jakim cudem?
    Prawdopodobnie ktoś mnie dodał, problem w tym, że Ci znajomi, którzy w niej są, nie mają pojęcia o mojej przeszłości.
    Czasami mam wrażenie, że zwyczajnie to rzucanie się od fanatycznej wiary do okultyzmu zwyczajnie mnie zabije.
    Kiedyś doprowadzi mnie do samobójstwa i będzie po wszystkim…
    Tylko, że po drugiej stronie nie będzie ukojenia.
    Chociaż z drugiej strony do grzechu ciężkiego potrzebna jest świadomość i dobrowolność.
    Problem w tym, że przy myślach i próbach samobójczych u ChADowców (i reszty chorych/zaburzonych psychicznie), nie ma do końca pełnej świadomości i dobrowolności.
    Często to nie my, to choroba.
    I mogłabym się wściekać na Boga o to wszystko i często to robię z czystej bezsilności, tylko to wszystko się wtedy kupy nie trzyma, bo jeżeli Bóg jest samym Dobrem, to przecież nie będzie nas karał chorobami..
    Ale czasami tak jest łatwiej i to On obrywa za całe zło.
    W szpitalu była kobieta, która twierdziła, że Bóg ją nienawidzi, że jej dokucza, że zesłał na nią chorobę i wierz mi, miałam ochotę zaraz biec do niej i tłumaczyć, że to nie tak, że Bóg ją kocha, ta choroba nie pochodzi od Niego, że jej nie dokucza, ale…
    To nie miało najmniejszego sensu.
    Jej myślenie było zmienione chorobowo, to jedno, sama w głębi serca oskarżam o to Boga, to drugie.
    To byłaby hipokryzja…

    ChADowa
  3. Jest Ktoś kto zna cię lepiej niż ty sama się znasz 🙂 I kocha cię bezwarunkowo dokładnie taką jaką jesteś. I pokornie i cicho trwa przy tobie w tych wszystkich wątpliwościach, lękach, stanach pełnych agresji i apatii. I cokolwiek byś o Nim nie mówiła czy myślała, nigdy cię nie opuści. Nigdy cię nie potępi…

    I nie chce niczego w zamian 🙂 On po prostu nie umie inaczej …

  4. Hmm.. Niestety na psychoterapie jako taką mam "bana" od 2 psychiatrów, to długa historia czemu, o co chodzi.
    Jedyne co mi zalecił, to wizyty u psychologa, wygadanie się.
    Pamiętam czasy kiedy też uczęszczałam na terapie i każdorazowy wstyd, kiedy nie potrafiłam odpowiedzieć nawet na pytanie czego oczekuję od terapii.
    Taki numer…

    ChADowa
  5. Kate… Nie wiem co Ci powiedzieć. I na tym powinnam poprzestać. Rozumiem Cię, bo sama nie umiem się określić w niczym. Niczym. Terapeutka co kilka sesji zadaje mi pytanie o cele w życiu, o to kim chce być, jaka chce się stać.. i nie wiem. A może powinnam wiedzieć już po takim czasie terapii? Może się w nią nie angażuje? Może jestem przypadkiem beznadziejnym? Jutro mam imprezę rodzinną i oczywiście będzie mnóstwo pytań… Jestem pewna, że wiesz o czym mówię. Dlatego może Cię nie znam, ale potrafię zrozumieć Twoje poczucie… nicości. To Cię pewnie zirytuje, ale dalej obstawiam przy tym, że powinnaś zacząć terapię. Tak, wiem, ona gówno daje, tak się wydaje, ale może po kilku latach zobaczysz, że jednak przyniosła skutek? Ciężko się zebrać i na nią iść, tydzień po tygodniu, niezależnie od stanu w którym jesteś… Ale może to sposób żeby wyjść z domu, zobaczyć się z osobą, która Cię nie osądza tylko stara się Ci towarzyszyć? Na ten temat też mam mieszane zdanie… Czy taka terapeutka jakoś się troszczy? Czy ma Cię w dupie? Nie wiem co myśleć… Ale mówią, że terapia pomaga, więc może warto?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *