Czuję się dzisiaj strasznie.
Praktycznie nie wychodzę z pokoju, leżę.
I płaczę.
O wszystko.
Bo WOŚP i wzruszenia.
Bo życie nie ma sensu.
Bo mam poczucie, że zmarnowałam swoje życie i nic już nie zmienię.
Bo czuję, że wszystko stracone.
Bo boję się nawet „zerknąć w przyszłość”.
Boję się pomyśleć co będzie.
Boże, jeszcze niedawno miałam całkiem znośnie płatną pracę, którą rzuciłam bo… zatęskniłam za rodzinnym miastem?
Bo „tak”?
Bo YOLO.
A później dostałam pracę, która w porę okazała się niepewna (członkowi rodziny wiszą dwie pensje), później zrezygnowałam z dwóch rozmów o pracę, w tym z jednej, która powiedzmy mogłaby być całkiem spoko, bo… no właśnie bo co?
Bo poczułam strach?
Spanikowałam?
Poczułam się niepewnie, więc stwierdziłam, że tak łatwiej?
Zmarnowałam tyle szans.
Zjebałam tę cholerną firmę, bo bałam się wybić, nie wierzyłam w siebie, bałam się krytyki i porażki, bo byłam rozrzutna, a wszystko było dobrym sposobem, by uciec od odpowiedzialności.
Wielce zorganizowana okazała się totalnie niezorganizowana.
Ogarnęła mnie przerażająca pustka.
Ogarnął mnie lęk. Uciekła moja energia sprzed 2-3 tygodni, kiedy robiłam remont.
Mam pokój swoich marzeń.
Pracownie pół-marzeń.
Mam praktycznie wszystko, by spełniać się w tym, o czym marzyłam, co sobie wymyśliłam i co?
Nie mam siły.
Nie mam sił, by to pociągnąć.
Robię wszystko na siłę.
„Bo muszę coś robić”.
Jestem jak robot do sprzątania.
Umyć gary z wielkim trudem i do łóżka.
I znowu śmierdzę, bo nie mam siły wleźć do wanny.
Ludzi to śmieszy.
Mnie nie bardzo.
Mnie to przeraża, bo wiem co będzie dalej.
Bo czuję, co się zaczyna dziać i wiem, że tym razem nie dostanę „tabletek szczęścia”.
Przeraża mnie to, że jestem w najbardziej produktywnym wieku i nie mam siły istnieć i pracować.
Moi rodzice są już w dość podeszły wieku.
Mam niepełnosprawnego brata.
Nie mogą mnie utrzymywać w nieskończoność (chociaż od kiedy wyszłam ze szpitala i lekarz im przetłumaczył, że SERIO choruję, to starają się pomagać jak mogą, nie naciskają, a to wiele dla mnie znaczy).
Czuję się mało dobra, by robić cokolwiek.
Czuję się głupia.
Serio nie wiem co ludzie we mnie widzą, że chcą w ogóle ze mną rozmawiać.
Przecież mam inteligencję na poziomie naleśnika (nie obrażając tu naleśników).
Wykształcenie: średnie, zawodowe, czyli w obecnych czasach żadne.
Czemu nie studiuje?
Bo mnie nie stać.
Nie wiem jak to ludzie robią, że pracują i studiują.
Nie mam pojęcia.
Wszelką wiedzę „po technikum” jaką zdobywam, to wiedza zdobywana samodzielnie.
Jestem samoukiem.
Chcę się uczyć, ale mój mózg przez pół roku funkcjonuje ledwie zipiąć, a drugie pół nadrabia z taką siłą, że wprowadza mnie to w kłopoty.
Iiiha! Wiśta wio!
W mojej głowie kołaczą się myśli: chcę umrzeć, jestem zerem, nikim, jestem beznadziejna, powinnam się zabić, chce się pociąć, chcę się nażreć tabletek na przeczyszczenie, chce się nażreć, chcę się naćpać, chce się schlać.
A serce zionie przeraźliwą samotnością i pustką.
Nie, nie jestem sama.
Otaczają mnie rodzice i brat.
Od przyjaciół się odcięłam, unikam kontaktu jak ognia.
A jak już się zdobędę, to udaję, że wszystko gra, bo nie chcę później usłyszeć, gdy znowu napną się z kimś stosunki, że on się tak bardzo poświęcał, znosił mnie, choć miał mnie dosyć a ja jestem zwykłą, zimną, niewdzięczną suką.
Nie chcę tego usłyszeć, więc wolę milczeć.
I tylko ściany widzą mój płacz.
I blog o nim słyszy.
I łzy płyną po policzku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *