Witaj jesieni. Witajcie wszystkie objawy.

Była górka, potężna górka po której zostało mi trochę długów, bezrobocie i poczucie winy. Teraz jest dołek, jeszcze nie taki bardzo tragiczny, ale jest kiepskawo. Kompulsy też są. 4 hamburgery zagryzione gulaszem a w lodówce owoce z puszki i kukurydza, więc co najłatwiej zrobić, gdy dopadnie Cię poczucie winy za to? 4 tabsy na przeczyszczenie i hajda! Świat od razu staje się piękniejszy! Jeszcze tylko skoczę do apteki po zapas, wrócę i walne solidny trening i będę szczęśliwa.

A tak serio to brzydzę się siebie. Nie mogę patrzeć na te 140 kilo żywej wagi, gapię się na wyświetlacz, na swoje odbicie i rzygać mi się chce. Czemu więc nic z tym nie robisz tylko się obżerasz? Zaskoczę Was. Robię. Odchudzam się trenuję a następnego dnia dopadają mnie kompulsy, pochłaniam niezliczone ilości jedzenia, biorę środki na przeczyszczenie, albo jadę z palcami w gardle. I męczę się z tym, nikomu nie przyznając, wszystko w największej tajemnicy. Psychiatra też nie wie.

W sumie to o niczym nie wie, prócz podstawowych spraw. Długo nie dopuszczałam do siebie, że moja „potężna” wiara jest efektem choroby. Nie chciałam uwierzyć w to, że to nie Bóg do mnie przemawia a mój chory mózg. A teraz mi wstyd, bo tyle osób poraniłam tą swoją „wiarą”, jednocześnie źle mi z tym, że nie potrafię uwierzyć na nowo, zdrowo. Czuję się winna. Od marca nie tknęłam żyletki, rany się pogoiły, ale czuję, że ten okres się kończy, że minie jeszcze kilka dni i znowu po nią sięgnę. Docisnę do ciała i pociągnę w totalnym spokoju i uldze patrząc na krew spływającą po udach. I rano obudzę się, zobaczę świeżą ranę i znowu wścieknę się sama na siebie, że kolejna blizna na ciele pozostanie już na zawsze. Na całe życie.

Niewiele rzeczy przynosi mi przyjemność. To, co kiedyś kochałam, teraz stało się bez znaczenia. Każde zdjęcie które robię zieje pustką i monotonnością, każda szkatułka, którą przyozdobię decoupage’m wygląda jakby zrobiły ją niewprawne ręce małego dziecka, koraliki leżą w koncie i nawet nie chcę na nie patrzeć. Jeszcze jakoś bullet journaling mnie trzyma przy życiu. Zajmuje myśli, gdy nadchodzą te najczarniejsze, opowiadające mi o tym, że śmierć już na mnie czeka z otwartymi ramionami a szatan pożąda mej duszy. Czasami to bardzo seksualne. Brutalne.

Podobno dusza jest nieśmiertelna. Ale moja dusza z całych sił pragnie umrzeć. Woła o to ze wszystkich sił.

A ja nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *