Otworzyłam oczy z myślą o śmierci.
Ledwie wybudziłam się ze snu, a mój mózg postanowił powitać mnie strzałem w pysk.
15x200mg+90x25mg+130×300 =43650mg=43,65g quetiapinum,
27x50mg=1350mg=1,35g sertralinum,
350x500mg=175000mg=175g natrii valproas ,
75x50mg=3750mg=3,75g lewotyroksyny,
36x500mg=18000mg=18g ibuprofenum,
i jakieś 50×500=25000mg=25g paracetamolum,
do tego insulina, leki na serce, cukrzyce, kolejne psychotropy…
Raj dla samobójcy, 5 pierwszych pozycji w moim pokoju. 
Reszta w pokoju rodzicielni.
Wiem, wiem, ewentualna pomyłka i narządy wewnętrzne szlag trafi.
To znaczy… tak czy inaczej je szlag trafi, różnica tylko w tym, czy będzie mi to obojętne jako trupowi, czy też perzeżywszy będę się z tym męczyć…
Po przeliczeniu leków przyszedł obraz na którym duszę się słuchawkami. 
Później jak wieszam się na pasku. 
Jeszcze później jak stoję nad grobem, a w dół spuszczają trumny rodziców i brata. 
I nic mnie już tu nie trzyma. 
Plusem jest jednak to, że jeszcze nie myślę o rzucaniu się pod TIRy, gdy stoję na przejściu dla pieszych. 
W sumie nie chciałabym tak zginąć, kierowca, któremu spieprzyłabym życie.
Często słyszę, że samobójstwo jest samolubne.
Jest w tym trochę prawdy, ale niezależnie co myślisz o samobójcach, to wiedz, że tutaj nic nie jest czarno-białe, nie działa na zasadzie tak-tak, nie-nie. 
Wyobraź sobie, że myjesz naczynia.
Talerz, szklanka, garnek, wszystko dzieje się prawie automatycznie. 
Nie zastanawiasz się jakoś szczególnie nad tym co robisz.
Widelec, łyżka, nóż.
Nóż.
Spojrzenie na ręce, na nadgarstki.
Widzisz blizny. 
Nie są jakoś szalenie głębokie, ale jednak je widać.
Ogarnia cię nienawiść.
Do siebie, gniew, który Cię spala.
I zaczynasz wewnętrzną walkę sam ze sobą, by nie docisnąć noża do skóry i nie pociągnąć go z całą siłą.
Tym razem się udaje.
Wygrałeś.
Sprzątasz.
Wieszasz pranie na sznurku.
W pewnym momencie patrzysz na drzewo przed Tobą i zaczynasz się zastanawiać, która gałąź jest najbardziej wytrzymała.
Która wytrzyma ciężar, gdy się powiesisz. 
Łapiesz się na tej myśli i warczysz na swój umysł „zamknij się”.
Znowu wygrałeś.
Kładziesz się, przykrywasz kołdrą. 
Znowu się zaczyna wojna obwiniających Cię myśli z resztką woli życia.
Patrzysz w sufit, może jeszcze jesteś w stanie płakać, gorzej, jeżeli zaczynasz popadać w stan, w którym już nie uronisz żadnej łzy. 
Kiedy zwyczajnie jesteś „martwy w środku”.
I w głowie zaczynasz obliczać ile masz leków. 
I o Twoim przeżyciu decyduje sen, który Cię zmorzył. 
Idąc wczoraj do psychiatry wiedziałam, że padnie propozycja hospitalizacji. 
Sama o niej myślę już jakiś czas, ale…
Jak mam zostawić matkę po zawale, ojca, który zaczyna się mieć coraz gorzej z niepełnosprawnym, wymagającym opieki 24/7 bratem i babką po 90tce?
Z drugiej strony, gdy słyszę kolejny raz o problemach finansowych, kredycie do spłacenia, to wszystkie wnętrzności mi się ściskają i przemieszczają. 
O zgrozo reaguję panicznym lękiem. 
Jak zawsze w depresji.
I zaczyna się kolejna gonitwa myśli.
„Jesteś ciężarem, zabij się!”
„Przesadzasz, lepiej szukaj staranniej tej roboty”
„Praca. Ludzie. Obowiązki. Nie dam rady, jestem nikim. Zabij się.”
„Weź się w garść, masz rodzinę do ogarnięcia!”
„TO TWOJA WINA, GDYBYŚ BYŁA LEPSZA, NIE DOSTARCZAŁA ZMARTWIEŃ, BYŁA MOCNIEJSZA, MATKA NIE MIAŁABY ZAWAŁU, OJCIEC BY SIĘ NIE WŚCIEKAŁ, A BRAT BYŁ W LEPSZYM STANIE”
„Racjonalność pierwsza klasa. Ojciec się nie wścieka. Martwi się”
„Nie, jest na Ciebie wściekły, że jesteś tylko ciężarem”
„Jezus, Maria… Mózgu zamknij się już.”
A on dalej swoje. 
I dopada mnie lęk, drżenie całego ciała, jeszcze płytszy niż normalnie oddech, mroczki przed oczami i zawroty głowy. 
Wchodzę do pokoju.
Lustro.
O, Kate, znowu Ty.
Jak tam świnio, ogarnęłaś już życie?
Nie, no jeszcze siądziesz na mnie w tej kwestii? 
Chudło się, a teraz dupa rośnie, co? 
Nie panujesz nad sobą. Rzygasz już, czy tylko wpieprzasz te tableteczki?
A, nie rzygasz już.
No szacunek.
I tak zaczniesz. 
Będzie jak z cięciem.
No nie odwracaj wzroku.
I tak masz dzisiaj matowe oczy, jakieś takie puste.
Uśmiechać się sztucznie dalej potrafisz.
Brawo, brawo, teatrzyk pierwsza klasa.
A ja Ci coś przypomnę.
Bierzesz Absenor.
Lek przeciwpadaczkowy i jak część z nich stabilizator nastroju.
Pamiętasz kiedy miałaś ostatnią normalną miesiączkę?
Tak, dobrze pamiętasz. 
Pierwsza hospitalizacja.
Później zdarzała się raz na pół roku, 8 miesięcy, po wywołaniu tabletkami. 
Pamiętasz co jest napisane na ulotce?
Tak, to o ciąży i braniu tego leku. 



Ze względu na możliwość powstawania wad wrodzonych i rozwojowych u niemowląt, które były narażone na działanie walproinianu w łonie matki, w leczeniu padaczki i choroby afektywnej dwubiegunowej u pacjentek, które mogą zajść w ciążę, leki zawierające walproinian należy przepisywać jedynie w przypadku, kiedy inne formy leczenia nie są skuteczne lub nie są dobrze tolerowane.

Długo broniłam się przed tym wszystkim.
Długo udawałam, że mnie to nie rusza, choć nie raz serce mnie cholernie zakuło. 
Z resztą w ChADzie sporo mają do powiedzenia też geny.(Pozdrawiam rodzinę babki, choć oficjalnie się nie przyzna, wiadomo…)


Ryzyko zachorowania u krewnych I stopnia (rodzice, dzieci, rodzeństwo) wynosi 15-20%. Jeśli jednak choroba występowała w kilku pokoleniach, to ryzyko jest większe. 

http://online.synapsis.pl/Choroba-afektywna-dwubiegunowa-ChAD-podstawowe-informacje/Genetyka-i-dziedziczenie-ChAD.html

Jednak prawdopodobieństwo, że leki załatwiły mi też bezpłodność jest kurewsko bolesne. 
A ginekolodzy, endokrynolog i psychiatra, smutno wzruszają ramionami: „tak już musi być, tylko proszę pamiętać, że jakby co, to absolutnie nie wolno pani zajść w ciążę. Niby jajniki nie pracują prawidłowo, ale na wszelki wypadek pani przypomnę. Przepisujemy antykoncepcje?”.
Antykoncepcję oczywiście w ciemno, bo żaden nie wpadnie na pomysł zbadania poziomu hormonów. 
Spieprzaj mi pan z kolejnymi tabletkami, już i tak czasami czuję się jak lekomanka.
Znowu czuję się zagubiona.
Niezależnie w którą stronę chce iść, to towarzyszy mi uczucie, że wszystko się zawali.
Z resztą czasami mam wrażenie, że nie jestem zdolna do pewnych uczuć…
Albo zdolna w sposób niepełny.
2 lata terapii, by powiedzieć matce „kocham Cię”. 
Śmieszne, prawda?
Potrafiłam się wkurwić, rzucić kurwą, pysknąć, ale nie przeszły mi przez gardło dwa słowa. 
Mówiąc ojcu „kocham Cię” dalej czuję się niezręcznie. 
Chyba nadal jest we mnie mnóstwo nieprzepracowanego żalu do niego, do niej, do nich. 
Do sporo starszego rodzeństwa.
Do siebie.
Do Boga/bogów/losu (wybierz co Ci pasuje).


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *