Sufit – ściana – meble – podłoga – łóżko.

Pięciokąt depresyjny.

Jestem jak Ikar, w manii podlatuję za blisko słońca, a to topi wosk i spadam bez ochrony na ziemię, roztrzaskując się boleśnie, za każdym razem w locie obawiam się, że to ostatni raz, że tym razem nie przeżyje.
A jednak jestem niczym Ten, co trzeciego dnia zmartwychwstał, tylko to trwa miesiące, a nie trzy dni, znowu zamieniam się w Ikara, znowu spadam, daję się przybić do krzyża i zmartwychwstaje.
Cykliczność, która się ciągnie od dziesięciu, może jedenastu lat.
W domu pachnie ryżówką, nażarłam się leków na przeczyszczenie: wersja oficjalna: zatrucie pokarmowe.
To daje mi poczucie kontroli niczym cięcie się, jednocześnie pozwala komfortowo pozostać w łóżku.
Lęk nie opuszcza mnie od kilku dni, a od piątku staje się wręcz nieznośny.
Rozchodzi się z klatki piersiowej po całym ciele, obciąża mięśnie, powoduje ból stawów, spłyca oddech, przyspiesza myśli, które biegną przed siebie jakby płoszone przez drapieżnika.
Zatrzymują się na chwilę tylko te autodestrukcyjne.
Syczą, wiją się wkoło mnie: żyletka, leki, samobójstwo, wymiotuj, przeczyszczaj się, nie jedz, rzuć się na jedzenie, jesteś nikim, nie dasz rady w życiu, odpuść sobie, zniknij, zachlej się, zaćpaj się, milcz, tak będzie lepiej dla wszystkich.
Więc zaczynam milczeć. Usta milkną, ale palce nie chcą. Przynajmniej da to chwilę ulgi.
Wyrzucę to z siebie, a potem będzie już tylko poczucie winy, że to nie tak miało być, że tak naprawdę jestem pierdzielonym leniem i zrobię wszystko, by sobie to usprawiedliwić, użalić się nad sobą.
Znowu do Ciebie napisałam, ja mam chyba do Ciebie jakąś słabość, przeraża mnie to.
Zrobiłeś błąd. Poświęciłeś mi uwagę, a ja uznawałam się za opętaną. Teraz jestem zniewolona.
Tobą, sobą, chorobą, wiarą. Dręczona koszmarami, pragnąca okultyzmu i Boga.
Dwóch biegunów. Przykładnego katolicyzmu i samobójczego pędu do używania życia w sposób zły.
Za bardzo kocham te swoje nałogi, by przestać, przynajmniej na razie, do pierwszego, maniakalnego nawrócenia…
Wierności temu jedynemu i przebalowania w tango z kimkolwiek, kto okaże mi jakiekolwiek zainteresowanie.
Dlatego może lepiej bym została sama. Sama.

4 komentarze

  1. Witaj, nie wiem jak trafiłeś na bloga, ale witaj ;). Optymizmem tutaj nie wieje, ale nie taki jest jego cel, tutaj chodzę bez żadnych masek, bez udawania, piszę to co czuję, wyrzucam ból…
    Co do modlitwy, ja już nie wiem, czy wierzę w jakiekolwiek uzdrowienia, zaczęłam to sprowadzać do psychiki (ot, takie mam tendencje od wielu lat), ale za modlitwę dziękuję, zawsze jestem na nią "chętna" i niesamowicie wdzięczna każdej osobie, która chce się za mnie modlić. Niesamowicie zawsze mnie dziwi, gdy dostaję sygnał o modlitwie od osoby, która mnie nie zna. Dziękuję <3.

    ChADowa
  2. Poruszył mnie Twój wpis … Nie znam się na chorobie o której piszesz, pewnie też nie rozumiem co dzieje się z Tobą w tej chwili. Widziałem jednak w swoim życiu wiele cudów i uzdrowień. Widziałem jak Boża łaska odmienia, w ciągu sekundy, życie. Sam jestem tego przykładem 🙂

    Więc będę się za Ciebie modlił. By to co przeżywasz, cały ten ból i cierpienie zakończyło się właśnie teraz. By zastąpił je spokój, radość i miłość pochodząca od Boga. Byś poczuła, bez żadnych wątpliwości, jak bardzo Ojciec Cię kocha. I jak wspaniałe dary dla Ciebie przygotował. I teraz chce Ci je ofiarować 🙂

    Dobrej nocy 🙂

  3. Nie, nie będzie lepiej jakbyś została sama – to najgorsze co może być. Szukaj wokół siebie ludzi, ktorzy dadzą Ci wolność jako dorosłej osobie. Takich, którzy nie będą się zamartwiac i robić Ci wyrzutów kiedy jest źle tylko pociągną Cię do góry – niekoniecznie pocieszaniem i jojczeniem jaka jesteś biedna. Raczej wskazaniem Ci kierunku i towarzyszeniem w drodze. Ja Ci nie dam spokoju:powinnaś iść na terapię, bo teraz nie jesteś w stanie poznać i zgodzić sie na towarzystwo takich ludzi-na nich trzeba się otworzyć. Tule mocno, przetrwa z Chadzino moja :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *