Śmierć kręciła się koło mojej rodziny od sierpnia.
To zawał mamy, to choroba brata, to babka wywinęła takiego orła, że głowę praktycznie rozbiła.
Kręciła się, straszyła, po czym odchodziła i dawała sobie spokój.
I przyszła w najmniej oczekiwanym momencie.
Choć stan Ryśka ciągle był ciężki, raczej nikt z nas nie liczył się z tym za bardzo.
Ciągle podchodziliśmy do tego na zasadzie „będzie dobrze”.
I złapał przeziębienie, płuco zawalone, serce biegło jak szalone.
Ale odszedłeś w domu, przy rodzicach.
Nie byłeś sam w pustej, sterylnej sali, a wśród zabawek i swoich.
Tak bardzo to boli, ale świadomość, że już nie cierpisz, że jesteś z Nim, tam w niebie, daje jakieś poczucie ulgi.
Jakoś łatwiej wierzyć, że tam jesteś i opiekujesz się nami.
Że byłeś nam dany na te 30 lat, by nauczyć nas miłości, cierpliwości i czerpania radości z małych rzeczy.
Nie ma Cię z nami nieco ponad tydzień, a moje serce krwawi i cholernie tęskni.

W dodatku z pracą się pochrzaniło.
Nie wytrzymałam psychicznie z kierownictwem.
Odeszłam pod presją góry.
Jestem bez pracy, bez środków do życia.
Tak bardzo chciałabym wrócić do domu.
Poczuć stabilny grunt pod stopami.
Na chwilę odpocząć.
Tylko tyle.

Tak bardzo boję się przyszłości.
Tak bardzo boję się, że nie znajdę pracy.
Tak bardzo boję się, że czeka mnie szpital.
Bo w głowie nie jest najlepiej.
Na szczęście jeszcze powstrzymuje się przed cięciem.
Tylko i aż tyle.

I na choć na chwilę znaleźć się w Twoich ramionach.
Znów poczuć się bezpiecznie.
Znów poczuć się kochana.
Choć na chwilę.
Tylko tyle.

Łzy zalewają mi oczy.
Czemu musiałeś odejść?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *