Bierze mnie na święta, z całą chęcią, z głębi serca słuchałabym już świątecznych przebojów.
Wolno mi, to prawda, ale nie pozwalam sobie na to, bo za tydzień będę je zwracała na podłogę.
W dzień nadal jest zajebiście, ale wczorajszy wieczór chciał mnie pożreć, rozszarpać, rozerwać.
Gniew. Szał. Pozabijać wszystkich.
Przerywałam rozmowy, uciekałam do pokoju, byleby tylko nie wybuchnąć z powodu koślawo położonej łyżeczki.
Jestem jak mój ojciec.
Im jestem starsza, tym więcej podobieństw widzę między nami.
Tak samo łatwo wybuchamy, jesteśmy nieprzewidywalni.
Nie jestem pewna, ale czasami mam wrażenie, że mój ojciec jest borderem.
Możliwe, że jedną z moich zaburzonych osobowości był/jest border.
Czasami mam wrażenie, że te moje mieszane zaburzenia osobowości ciągle istnieją i nie zamieniły się nagle w ChAD.
Że to dwie, czasami nachodzące na siebie ścieżki.
Uśmieję się (przez łzy), jak się okaże, że jeszcze mam do tego walniętą tarczycę.
Żałuję, że nie wytrzymałam dłużej w szpitalu, przynajmniej zrobiliby mi tą cholerną diagnostykę.
Ale nie mogłam, nie chciałam, chciałam się spotkać z M., efekt był taki, że praktycznie się nie widziałyśmy.
Walić to.
W ciągu 2 godzin załatwiłam to, do czego zbierałam się od paru dobrych miesięcy.
Jedyne plusy podwyższonego nastroju.
Trzymam się tej nieszczęsnej diety w dzień a wieczorami zdycham, bo czuję potrzebę jedzenia, nażarcia się do oporu, a wiem, że nie mogę bo jak się poddam, to wszystko legnie w gruzach.
Niestety, albo wszystko, albo nic.
Teraz jestem na lekkiej górce, boję się co będzie w dołku.
Swoją drogą, może ta moja agresja jest związana z dietą.
Nauczyłam swój mózg, że zawsze dostaje czego chce, każda niechciana emocja = obżarstwo, a teraz? Nie dość, że nie ma słodyczy, to jeszcze nie dostaje żreć na zawołanie…
Może my, KO, jesteśmy podobni do alkoholików i narkomanów?
Tylko my jemy, nasze życie jest jedzeniem…
Idę do sklepu, kupuję stosy żarcia (gwarantuję Ci zwykły czytelniku, że jeśli jesz „normalnie”, to nie pokonałbyś takiej ilości jedzenia w ciągu 1-2 godzin), chowam po szafkach i gdy tylko przyjdzie chwila osamotnienia, kiedy nikt nie widzi rzucam się na jedzenie.
Pochłaniam je nie czując smaku, ledwie gryząc, wpycham w siebie, a później?
Później jest poczucie winy i walka, żeby nie wziąć leków na przeczyszczenie.
I wyrzuty sumienia.
I ogrom nienawiści.
I zazdrość, że ludzie jedzą normalnie, że nie myślą o nim w każdej sekundzie swojego życia.
Pokutuję za to co narobiłam w swoim krótkim życiu.
I to się nie zmieni.
Jedni postrzegają nas jako wybrańców,
inni jako groźnych szaleńców,
jeszcze inni jako bezwolne dzieci.
A my czujemy, kochamy, usiłujemy żyć normalnie.
Usiłujemy.
Póki jeszcze żyjemy.
Najzabawniejsze, że wśród znajomych mam tylko jedną „normalną” osobę.
Cała reszta to ChADowcy, Depresyjni i borderzy.
Wszyscy mają koło 20-30 lat.
To przykre.
Tacy młodzi, a już tańczą z pętlą na szyi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *