Szkic tej notki powstał 17 lutego, napisałam wstęp i nastąpiła blokada. Przecież miałam genialny temat! Wstydliwy krzyż! Będzie mądrze i duchowo. Nic z tego – nie mogłam jej napisać, zwyczajnie złapałam blokadę pisarską i koniec. Bóg jest jednak genialny, nie pozwolił, bym pisząc oszukała nie tylko Was, ale przede wszystkim siebie.
Chciałam napisać tekst naokoło. Naskrobałam te kilka zdań:

 

Znak krzyża. Towarzyszy nam od najmłodszych lat, uczyli go nas nasi rodzice, dziadkowie, katecheci… Pierwsza i podstawowa modlitwa jaka nam towarzyszy. Często zapominamy, że to nie tylko symbol, lecz właśnie modlitwa, jedna z najpiękniejszych jakie dostaliśmy. Modlimy się w jednym, prostym geście do całej Trójcy Świętej. Wydaje się, że to tak prosty gest, że nie powinniśmy mieć z nim żadnego problemu, a jednak ja go mam (myślę, że nie tylko ja).
Podróżując z domu do pracy, przejeżdżam blisko jednego z krakowskich kościołów. Nie wyobrażacie sobie jakiego szoku doznałam, gdy ludzie (najczęściej młodzi!), czynili znak krzyża przejeżdżając koło niego! W moim rodzinnym, małym miasteczku, praktycznie nikt nie znaczy nim swego ciała przechodząc koło miejsc sacrum. Niby wiedziałam, że tak się powinno robić, rodzice mnie tego nauczyli, jednak często wygrywał wstyd przed znajomymi, bo przecież będą się śmiali, albo padną niewygodne pytania. No właśnie. Przeceniałam wygodę nad wiarę. Chyba nie tędy droga…

 

Gdzie jest haczyk? Usiłowałam pisać naokoło, „wstydliwy krzyż”, pisałam o geście, który bez intencji staje się… pusty.
Gdzie jest haczyk? Ano tutaj, że ja się nie wstydzę znaku krzyża. JA SIĘ WSTYDZĘ BOGA, Auć. Zabolało.
Bóg mi boleśnie pokazał, że to właśnie On jest powodem mojego wstydu. Tego, że przejeżdżając koło kościoła stwierdzam, że nie warto się wychylać, albo czynię jakieś dziwne machnięcie ręką. Niewygodna prawda. Myślę, że nie dotyczy ona tylko mnie, ale wielu z nas.

 

Ostatnio przechodzę paskudny okres w swoim życiu, choć na początku wydawało mi się, że jestem w samym raju. Znalazłam pracę, przeprowadziłam się do swojego ukochanego miasta i… bardzo szybko podziękowałam Bogu za współpracę. Miałam milion wymówek, na wszystko znalazłam wytłumaczenie. Nie byłam na niedzielnej mszy? No przecież pracowałam (halooo, a to nie ma mszy rano? Nie ma mszy wieczorem?), nie miałam czasu, byłam zmęczona. Popłynęłam z wielkomiejskim życiem? Hej! Przecież mam dwadzieściaparę lat, muszę się wyszaleć! Bóg? Za chwilę, przecież się nie rozerwę. Modlitwa? Z czasem przestała być potrzebna. Przecież i tak przestałam chodzić na mszę, jestem złą katoliczką.
No tak! Jestem złą katoliczką! Zły – Ja: 1-0… Wracałam z alkoholowych imprez do pustego mieszkania i zanosiłam się płaczem. Gdzie ja jestem? Co się stało? Czemu nie ma już we mnie radości? Skąd ta pustka? Czemu mnie zostawiłeś?! Zły – Ja: 2-0…
Zarzuciłam Bogu poważną rzecz. Zarzuciłam Mu, że to On mnie zostawił, podczas gdy to ja się Go wyparłam. Ja…

 

Pijacka pogadanka o wierze? Za każdym razem się wyparłam. „Eeee tam. Ja już chyba nie wierzę”. No właśnie… Naplułam Bogu w twarz.
Nadal twierdziłam, że to On mnie zostawił. Choroba wróciła. Okazuje się, że to prawdopodobnie nie depresja a ChAD. Zaraz moment?! ChAD?!
Tak, tak, podejrzewałam się o to, ale… Jak to? ZOSTAWIŁEŚ MNIE. TO TWOJA WINA.

 

Chwila, a jeśli… Jeśli moje nawrócenie cztery lata temu było hipomanią? A jeśli moja przeszłość i to, że byłam okultystką, było tylko manią?
Całe moje życie było… chorobą? Wszystko działo się w mojej głowie?

 

Zły – Ja: 3-0… Dwa miesiące wyjęte z życia. Dół, sen po kilkanaście godzin, zero chęci do życia i pęd do śmierci. Przecież straciłam wszystko. Kim ja właściwie jestem? Co było prawdą?! Co kłamstwem?! BOŻE NO O CO TU CHODZI. Nie wierzę, ale Boże ratuj, jakie to typowe.
Uciekam we wszystko, co tylko możliwe, ale nic nie daje spełnienia. Nie ma miłości. Bez Miłości człowiek usycha i ja usycham, a jednocześnie nie robię kroku do Tego, który Nią jest.

 

Ostatnio trafiają w moje ręce dziwne filmy, dziwna aplikacja, wszystko ma związek z moją przeszłością.
Sama nie wiem w którą stronę iść. Jednego dnia postanawiam, że wracam do Niego i już mam iść do spowiedzi, by chwilę później postanowić, że może jednak bardziej pasuję do tego innego, całkiem mrocznego świata.

 

Czytelniku, proszę, pomódl się za mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *